Brytyjsko-francuski film w reżyserii Johna Crowleya na podstawie scenariusza
Nicka Paynea swoją premierę w Polsce miał 3 stycznia. Na świecie grany od 6
września, porusza głębokie struny wrażliwości odbiorców. Noc sylwestrowa.
Studyjne kino Charlie oferuje nam "Sztukę..." w drugiej rundzie
seansów. Czy to będzie kolejna ckliwa komedia romantyczna ze szczęśliwym
zakończeniem? Na szczęście nie.
Florence Pugh i Andrew Garfield jako Almut i Tobias tworzą piękny
duet. Widzimy między nimi chemię od pierwszej wspólnej
sceny. Dwa przeciwieństwa, które połączy wypadek samochodowy. Introwertyczny
Tobias jest w trakcie rozwodu, Almut ambitną i cenioną szefową kuchni po
rozstaniu z dziewczyną. Film jest nielinearny zatem mamy retrospekcje wymieszane
z teraźniejszością. Przy oglądaniu polecam zwracać uwagę na ubiór i fryzury
bohaterów.
Akcja filmu rozgrywa się na przestrzeni kilku lat. Scena po scenie głębiej
poznajemy bohaterów, ich wartości i plany. Ułożony Tobias jest odbiciem
ekstrawertycznej Almut, dla której staje się czułym i wspierającym partnerem.
Mimo, że film jest o związku, na pierwszy plan wysuwa się choroba i to wokół
niej opowiedziano historię. Przeciwności jakie nam serwuje życie mogą wzmocnić
relację, albo doprowadzić do jej rozpadu. Co sprawia, że ta dwójka nie ulega
słabościom? Można byłoby powiedzieć, to po prostu miłość, ale to banał. Tutaj
mamy pokazaną dojrzałość i samoświadomość niedoskonałości. Oboje szukają tego,
co ich łączy, a na płaszczyznach różnic starają wypracować porozumienie. Niby
coś oczywistego, ale czy aktualnie praktykowanego?
Dzięki ironii nastrój nie jest minorowy. Scena ze sposobem na rozbijanie
jajka daje nam uśmiech. Rozbicie czasowe i łączenie ze sobą różnych scen,
wytwarza dodatkową treść, zmienność emocji. Raz się śmiejemy żeby za chwilę
spoważnieć, później smucić, a na koniec wzruszyć. Taki balans urealnia historię.
Przez to mamy okazję do odkurzenia być może głęboko schowanych emocji.
Kolejna rzecz, która pozytywnie wpływa na odbiór to łamanie stereotypów. Crowley
delikatnym cięciem pokazuje jak zniuansowana jest rzeczywistość. Ojciec może
mieć dobrą relacje z synem, który później będzie umiał wychować córkę. To
Tobias wnosi o rozwód z dotychczasową partnerką. Nie boi się komunikować swoich
potrzeb i wartości. Nie ukrywa złości ani zadowolenia. Jasno stawia sprawę w
kwestii dziecka. Później gdy Almut potrzebuje pomocy, nie odchodzi. Szanuje jej
trudne decyzje odnoście chociażby startu w kulinarnej
olimpiadzie. Ona umie przyznać się do błędu, przeprosić. Udziela pomocy,
wspiera innych. Nie poddaje się, drogę odchodzenia chce przebyć na własnych
warunkach żeby córka miała dobre wspomnienia z mamą. Osoba biseksualna również
potrafi kochać i jest stała w uczuciach, to warto podkreślić, bo stereotypy
społeczne w tej materii są straszne.
Muzyka, odważne sceny, nie mam tutaj na myśli tylko tych erotycznych, dialogi
ładnie nas prowadzą do końca. Momenty ścinania włosów, jazdy na łyżwach, to tylko
kilka z tych mocniejszych, przy których oczy robią się mokre.
Ale co przez to chcą nam pokazać twórcy? Jaki jest ten przepis? Choć polskie tłumaczenie nie jest najbardziej trafne, to
sama historia bardziej koreluje z oryginalnym tytułem, pokazując żebyśmy brali
życie tu i teraz, że nic dwa razy się nie zdarza. Rodzimy się i umieramy sami. Istotne
jest z kim idziemy między tymi dwiema granicami. Relacje międzyludzkie nie są
zerojedynkowe, wymagają balansu, bo łatwo coś wyrzuć, a trudniej naprawić. To
wymaga zaangażowania i dojrzałości. O to chodzi w związku, możemy się różnić,
ale fundamentem jest zaangażowanie, spojrzenie na drugiego człowieka. Schowanie
własnych egoizmów zamiast kończenia relacji przy pierwszej próbie definiuje nasz
stosunek do drugiego człowieka.
Ale wracając do głównego motywu, czyli choroby. Jest tu ukazana jako punk
wyjścia do przedefiniowania naszego życia. Główna bohaterka mogła popaść w
marazm, poddać się i ostatnie lata spędzić tylko w cierpieniu, ale robi coś
innego. Ona wie, że nadszedł na nią czas, akceptacja takiego stanu nie należy
do łatwych, ale jednak potrafi wzbić się ponad to i wykorzystywać każdą chwilę tak
bardzo jak to możliwe. Czy człowiek wiedząc od samego początku,
kiedy umrze, inaczej kierowałby swoim życiem?
Dla mnie to dobry film. Przyjemny, dający nadzieję i wzruszający. Nie ma w
nim kiczu. Porusza ważne tematy, pokazuje przepis na związek, na bycie
mężczyzną, na walkę o swój czas na ziemi. W końcu widzimy również osobę
biseksualną, a nie tylko homo- czy
heteroseksualną. Dziecko nie jest
problemem przy realizacji marzeń, a może być dodatkowym motywatorem. Przepis na
szczęście to koncentracja i świadomość celu jaki mamy przed sobą, uważne
słuchanie drugiej osoby, którą otoczymy szacunkiem. Myślę, że ta pozycja, to
dobry pomysł na zimowy chłodny wieczór. Może nie kończy się dobrze, ale
pokazuje dobro, a tego dziś nam potrzeba.
Komentarze
Prześlij komentarz