BEZRADNY FILM O BEZRADNOŚCI
To drugie dzieło Kocura, które obejrzałem. Jego „Chleb i Sól” mocno szarpał emocjami, historia była ciekawie i głęboko opowiedziana. Natomiast do „Pod Wulkanem” mam dużo zastrzeżeń. Film mógł trwać 90 minut zamiast 110, nie ma wartkiej akcji, pokazuje obrazy, ale emocje są gdzieś za szybą… Mamy niedobór dialogów i treści. To z opisu dowiadujemy się, że przedstawiona rodzina reprezentuje ukraińską inteligencję. Nie wiemy co stało się z matką dzieci, kim jest nowa żona Romana. Wątek Mike’a, emigranta z Afryki wrzucony na siłę, niezbyt koresponduje z historią młodej Sofii. Na teneryfie znaleźli się zupełnie z innych powodów, więcej ich dzieli niż łączy. Zamiast dodawać wątek, w sumie dość słabo prowadzony, lepiej byłoby pogłębić relacje między członkami rodziny. Na prawie dwie godziny, mamy tylko kilka scen ukazujących dramaturgię jaką przeżywa Roman z żoną.
Czy ten film ma zalety? Niewątpliwym pozytywem jest ujęcie tematu wojny w niestandardowy sposób. Kocur nie pokazuje ani czołgów, ani trupów, a jedyny huk wydobywa się z odpalanych karnawałowych petard. W jednej chwili, nieoczekiwanie rodzina Kovalenków z turystów staje się uchodźcami wojennymi. Wojna nie dzieje się tylko na froncie, ona rozgrywa się w każdej rodzinie. Poczucie bezradności promieniuje w większości scen, jest ono źródłem filmu. Zadaje pytanie o odpowiedzialność za bliskich, za kraj, za siebie. Podczas pokoju łatwo mówić o heroizmie, ale co zrobić gdy nadchodzi godzina próby? I tu dochodzimy do kolejnej wady tego filmu. Nie mamy pokazanych rozterek z jakimi zmagają się bohaterowie. Za to są przeskoki fabularne, niedopowiedzenia – nagle pojawia się jakaś przyjaciółka z Warszawy, znajomy z Charkowa, twórcy nam tego nie wyjaśniają. Nie ma ciągu przyczynowo skutkowego. Roman z Anastasiya tylko się kłócą, nie rozmawiają o tym co dalej.
Wzruszająca jest scena gdy córka widzi ojca, który płacze w ukryciu. Pokazanie przez kilka sekund, że mężczyzna nie jest chodzącym robotem bez uczuć, że my mężczyźni również mamy emocje, też przeżywamy rozterki, to było piękne i szkoda, że tak oszczędne w ilości. Druga scena warta uwagi, to rozmowa na korcie tenisowym Romana z Sofią o dzieciństwie, życiu i planach na przyszłość.
Spodziewałem się wulkanu emocji, po którym zapomnę jak się nazywam. Czekałem na mocne wrażenia, pokazanie bezradności, wściekłości, strachu… One oczywiście gdzieś są, ale tak jakby ukryte pod powierzchnią i nie chcą wybuchnąć. Nie chcą nas zalać frustracją.
Oczywiście sam temat i pomysł na historię są bardzo na plus, ale realizacja wszystko niweczy dlatego dla mnie to 5/10. Nie jest to film, na który ponownie pójdę do kina. Żałuję też, że awantura jaka już się rozpoczyna na różnych forach nie dotyczy jakości filmu, tylko jakichś drugorzędnych problemików pospolitych ludzi, którzy z filmem czy kulturą mają tyle wspólnego, co ja z fizyka jądrową.

Komentarze
Prześlij komentarz