Reżyser długo każe nam czekać na kulminację, ale to dobrze. Poznajemy bohaterów będących bezdyskusyjnym atutem tego filmu. Naturszczycy, a nie zawodowi aktorzy tworzą wspaniałą atmosferę, której daleko do patosu. Ba! Tutaj ciężko szukać patosu, wszystko jest na wskroś naturalne. Bracia Bies(Jacek Bies Tymoteusz Bies) grają samych siebie. Wszystko jest tak poprowadzone, że mamy wrażenie jakbyśmy byli z kamerą wśród grupy znajomych z blokowiska. Nic nie jest tu oczywiste, na każdym kroku mamy paradoksy np. typowe sebixy słuchających gry na fortepianie. Kocur stawia pytania, ale nie daje odpowiedzi, nie moralizuje, nie mówi jak mamy żyć. Scena w autobusie zmusza do refleksji „co ty widzu byś zrobił będąc w takiej sytuacji?”, w sali kinowej odpowiedź może być prosta i oczywista, ale w realnym życiu?
Główny bohater Tymek Bies prowadzi nas przez świat, w którym odmienność to zło, walka o swoje miejsce przegrywa z rezygnacją, bycie sobą jest poddawane ograniczeniom grupy, czego doświadcza w odniesieniu do swojej orientacji. Chłopak z początkowymi sukcesami w karierze muzycznej wraca na wakacje do siebie. Pokazuje nam gniazdo, z którego wyfrunął i nie ma w planach powrotu, bo gdy ktoś zasmakuje wolności, trudno będzie z niej zrezygnować. Rozmawia z przyjaciółmi, szuka w nich ambicji, motywuje swojego brata do ćwiczeń. Jednak nie każdy jest na tyle wytrwały, by przemóc swoją strefę komfortu i iść dalej.
Ale w tle tych życiowych perypetii mamy konflikt między młodymi sebixami, ceniących w dość specyficznym znaczeniu patriotyzm i dwóch gości z Bliskiego Wschodu prowadzących w Polsce swój interes. Ten wątek przypomina, że wszystko ma swoje granice. Tolerancja i cierpliwość to nie studnia bez dna. Przychodzi taki moment, w którym coś pęka. Granica zostaje przekroczona. Z zażenowaniem i pogardą oglądałem te sceny, a gdy stało się to, co musiało, to na co czekamy od pierwszej minuty czułem irytację żeby nie powiedzieć mocniej na dwie zwaśnione strony.
Choć wolę filmy z mocniejszą i dosadniejszą akcją, „Chleb i sól” trzyma emocje. Miałem skojarzenie z „Ostatnim Komersem”, ale tam akcja była tak ‘wartka’, że prawie zasnąłem i mimo naturszczyków poziom sztuczności i beznadziejności był wysoki. Natomiast film Kocura, za który był nominowany do Paszportów Polityki, zdobywa międzynarodowe nagrody, to coś co chce się oglądać. Reżyser daje dużą swobodę osobom występującym, dobrze ich dopiera pod kątem postaci dzięki czemu widzimy wiarygodny obraz. Nie ma nachalnej propagandy, ocen, tylko obserwacja, studium przypadku.
„Chleb i sól” będzie jeszcze grany w #Zgierz.u więc nie musicie jechać do Łodzi, szkoda czasu, pieniędzy i auta. Repertuar znajdziecie na stronie Kino w Starym Młynie. Wspierajmy lokalne instytucje, wpierajmy polskie, dobre kino. A braciom Bies życzę sukcesów w karierach muzycznych, a Damianowi Kocurowi kolejnych tak dobrych produkcji!
„Dzięcioł i Violetta” – Sandra Drzymalska jako Violetta Villas. Biografia ikony, na jaką czekaliśmy latami
Foto: Svetoslav Stoyanov Po latach zapowiedzi, wahań, przesunięć i wątpliwości, jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich biografii wreszcie nabiera realnych kształtów. Film „Dzięcioł i Violetta” , opowiadający o życiu i dramatycznych losach Violetty Villas , to nie tylko opowieść o diwie, lecz przede wszystkim o cenie, jaką płaci się za wielkość – widzianej oczami własnego dziecka. Od spekulacji do planu filmowego Pierwsze pogłoski o ekranizacji historii Villas pojawiły się już w 2016 roku, a przez długi czas mówiło się, że w rolę artystki wcieli się Natasza Urbańska. Ostatecznie to Sandra Drzymalska , gwiazda młodego pokolenia, znana m.in. z filmów „Simona Kossak” i „Biała odwaga” , została wybrana do zagrania jednej z najbardziej charyzmatycznych i skomplikowanych postaci w historii polskiej estrady. Wybór aktorki był zaskoczeniem dla wielu – nie tylko ze względu na fizyczne podobieństwo, ale przede wszystkim ze względu na aktorską wrażliwość i zdolność ukazywania emocjonalnej gł...
Komentarze
Prześlij komentarz