Przejdź do głównej zawartości

Ból i refleksja jako cechy dojrzałego człowieczeństwa

Paolo Sorrentino i Toni Servillo – luksusowy duet włoskiego kina

Gdyby ktoś mnie zapytał o pierwsze skojarzenie z Włochami, pewnie powiedziałbym: Paolo Sorrentino i Toni Servillo. Moim zdaniem sekret dobrego filmu tkwi między innymi w odpowiednim duecie reżysera i głównego aktora. Tutaj mamy tego przykład. Lipcowy seans „Wielkiego piękna”, mimo upływu miesięcy, nadal we mnie rezonuje, a „La Grazia” tylko potwierdza, że dobre, wyjątkowe kino wymaga kunsztu. Dlatego też, obaj panowie to towar luksusowy, ambasadorzy Włoch na świecie.

Władza jako ciężar, nie przywilej

Sędziwy Mariano, popalający ukradkiem papierosa, stoi na dachu Pałacu Kwirynalskiego, w którym pozostało mu ostatnie pół roku urzędowania. Patrzy na Rzym, rozmyślając o trudach pełnionej funkcji Prezydenta Republiki. Już na samym początku mamy do czynienia z typowym dla Sorrentino środkiem przekazu, jakim jest metafora. Wieczne Miasto jako fundament koresponduje z naszym bohaterem, który uosabia jedność i trwałość państwa. Nie bez kozery nosi ksywkę „Żelbet”. To za jego kadencji kilkakrotnie zmieniały się rządy, a on sam gwarantował stabilność państwową. Aż chce się zapytać, czy są jeszcze tacy politycy, dla których odpowiedzialność za kraj jest ważniejsza niż trendy sondażowe…

Mariano nie jest jednak zwykłym, przeciętnym politykiem wychowanym na TikToku. To profesor prawa karnego i wieloletni sędzia. Obsesja dochodzenia do prawdy oraz poddawanie się wątpliwościom odróżniają go od powszechnego wizerunku głowy państwa, z jakim mamy do czynienia w ostatnich latach. Pokazuje, że pośpiech jest złym doradcą. Umiejętnie kroczy drogą środka pomiędzy niebezpiecznymi skrajnościami, jednak ciężar podejmowanych decyzji nie jest bezkosztowy. Czy, będąc na szczycie, na najważniejszym stanowisku w państwie, można zachować siebie?

Pozornie mogłoby się wydawać, że władza to luksus wolności i ulgi. Wszyscy wykonują nasze polecenia, a my leżymy na kanapie, popijając nomen omen włoskie wino i zajadając owoce morza. Nic bardziej mylnego. Choć polityka nie gra tu pierwszych skrzypiec, reżyser poprzez władzę unaocznia siłę wewnętrznych konfliktów, jakie ponosi główny bohater. W rozmowie z redaktor naczelną włoskiego „Vogue’a” prezydent stwierdza, że papież odpowiada przed Bogiem, a on przed obywatelami, tu i teraz.

Decyzja jako akt samotności

W pewnym momencie jego wahania zaczynają irytować. Pomyślałem sobie ile razy można zmieniać i odkładać decyzję, która zaważy na losach państwa? Dopiero po seansie zrozumiałem źródło własnego zniecierpliwienia. Żyjemy w czasach tiktokowego strzału, krótkich rolek i zalewu bodźców. Wszystko ma być szybkie, przez co staje się powierzchowne i niepełne. Tymczasem „Żelbet” jako metafora stałości i fundamentu przypomina, że nie każda decyzja powinna zapadać natychmiast.

Natura sędziego wpływa na sposób pełnienia mandatu prezydenta. Wydając wyrok, nie może działać pochopnie. Musi zapoznać się ze wszystkimi argumentami, zachować bezstronność i wstrzemięźliwość oraz nie kierować się emocjami. W tym kontekście córka Dorotea zwraca ojcu uwagę, by wyszedł zza paragrafów i zobaczył historię człowieka.

Podejmowanie decyzji to nieodłączny element naszego życia. Nawet teraz, gdy to piszę, zdecydowałem, że zamiast czytać książkę, spróbuję stworzyć tekst. Ty, drogi czytelniku, również podjąłeś decyzję. Czytasz, choć mógłbyś w tym czasie oglądać kotki albo pieski. Waga wyborów bywa różna, ale sam fakt ich podejmowania świadczy o naszej zdolności, być może nawet dojrzałości. Skapitulować jest łatwo. Iść dalej, nawet bez pełnej pewności co do słuszności kierunku, wymaga wysiłku.

Mariano mógł zostawić ciężar następcy. Z politologicznego punktu widzenia trudne decyzje najlepiej podejmować na początku kadencji. A jednak nie poszedł na skróty. Odpowiedzialność i poczucie sprawiedliwości przeważyły szalę. Jaki werdykt ostatecznie zapadł, tego nie zdradzę, zachęcając do seansu. Jedno jest pewne. Decyzja, nawet bolesna, przynosi ulgę. Film konsekwentnie prowadzi do wniosku, że nawet władza podlega tej samej prozie życia co los jednostki. Mandat prezydencki, podobnie jak ludzkie życie, ma swój kres, a sens nadają mu podjęte wybory.

„Do kogo należą nasze dni?” pyta córka ojca. Jedno krótkie pytanie otwierające bezmiar interpretacji. To typowa cecha filmów włoskiego reżysera, które nie zamykają się w jednej odpowiedzi. Dla Mariano pytanie to ma kilka wymiarów. Po pierwsze musi rozstrzygnąć kwestię eutanazji, dotykając prawa do decydowania o cudzym życiu. Przykład z koniem doskonale oddaje sens tego dylematu. Na biurku czekają także wnioski o ułaskawienie. Dni konkretnych ludzi bezpośrednio zależą od prezydenta. Z drugiej strony są to osoby, które same zdecydowały o życiu innych. Powstaje kaskada odpowiedzialności.

Do kogo należą nasze dni?

Rodzina, żałoba i utracony sens

Jest też Dorotea, która po śmierci matki od ośmiu lat opiekuje się ojcem, próbując w jego cieniu znaleźć niewielką przestrzeń dla siebie. I wreszcie sam prezydent, wciąż pogrążony w żałobie, niezdolny pogodzić się z faktem, że zmarła żona zdradziła go czterdzieści lat temu. Analizując jej brak i niewierność, oddaje swoje dni czemuś, co dawno przestało istnieć. Nie ma tu prostych odpowiedzi i na tym polega złożoność decyzji.

Samotność, tak powszechna dziś mimo iluzji bliskości sprzedawanej przez media społecznościowe, dotyka również prezydenta de Santisa. Nie zna życia swoich dzieci. Choć córka mieszka z nim w Pałacu, nie wie nic o jej prywatnym świecie. Z synem jest jeszcze gorzej. Dzieli ich ocean. Mariano kocha, ale czy potrafi być oparciem? Czy obecność fizyczna wystarczy, gdy mentalnie jest się gdzie indziej? Pancerz urzędu maskuje te braki. Gdy jednak zbliża się koniec kadencji, przyszłość jawi się jako chaos i pustka. Nie pomaga niska samoocena, paradoksalna w obliczu powszechnego autorytetu.

nie należy kochać kogoś bardziej niż siebie. 

Nieustannie szuka lekkości, podobnie jak bohater „Wielkiego piękna”. Pewna konstatacja zostaje ujęta w stwierdzeniu, że nie należy kochać kogoś bardziej niż siebie. W polskiej mentalności, naznaczonej martyrologią, taka myśl bywa prowokacyjna. A jednak nikt za nas życia nie przeżyje. Ono ma być dla nas dobre. Każdy terapeuta powie, że aby zaopiekować się kimś, najpierw należy zadbać o siebie. Może gdy to zrozumiemy jako społeczeństwo, będzie nam lepiej?

Łaska jako zdolność uniesienia życia

Czym jest tytułowa łaska? Muszę przyznać, że ten film zmienił moje spojrzenie na to pojęcie. Sorrentino pokazuje łaskę jako piękno wątpienia. Już sam fakt, że mamy nad czym wątpić, jest pewnym jej rodzajem. Nie przynosi ulgi, ale pozwala unieść ciężar. Możemy jej doświadczyć w relacjach, w rozmowie, czasem w decyzji. „Jest czas, kiedy dzieci idą za rodzicami, a potem rodzice idą za dziećmi” mówi Mariano. Rozmowy po opuszczeniu urzędu, zwłaszcza te z dziećmi, przywracają mu człowieczeństwo. Widać w nim nowe życie, nową energię.

Jest czas, kiedy dzieci idą za rodzicami, a potem rodzice idą za dziećmi

Na koniec warto zwrócić uwagę na formę filmu. Sorrentino, jak zwykle, świadomie operuje muzyką. Zestawia patos z rapem, tradycję z nowoczesnością, budując emocjonalną równowagę. W kadrach dominuje symetria, bohater często ustawiony jest w centrum, co podkreśla ład i porządek przeciwstawione chaosowi. Estetyka dopełnia sens, a znakomite aktorstwo i dialogi czynią „La Grazia” filmem spójnym, wymagającym i otwartym na interpretację. Nie ma gotowych odpowiedzi, łatwych porad z szybkimi trikami na trudne problemy. To propozycja na wskroś inna niż obecne trendy, dlatego tez możemy się sprawdzić czy jesteśmy jeszcze istotami myślącymi, zdolnymi do refleksji, czy biologicznymi maszynami zaprogramowanymi do bezmyślnego kopiowania zachowań…

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚ TUTAJ I WSPIERASZ MNIE W TWORZENIU TEJ STRONY. JEŚLI MATERIAŁ CI SIĘ SPODOBAŁ — UDOSTĘPNIJ GO DALEJ. TO NAPRAWDĘ WIELE DLA MNIE ZNACZY.

ZAPRASZAM CIĘ NA FACEBOOK I INSTAGRAM 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Dzięcioł i Violetta” – Sandra Drzymalska jako Violetta Villas. Biografia ikony, na jaką czekaliśmy latami

Foto: Svetoslav Stoyanov Po latach zapowiedzi, wahań, przesunięć i wątpliwości, jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich biografii wreszcie nabiera realnych kształtów. Film „Dzięcioł i Violetta” , opowiadający o życiu i dramatycznych losach Violetty Villas , to nie tylko opowieść o diwie, lecz przede wszystkim o cenie, jaką płaci się za wielkość – widzianej oczami własnego dziecka. Od spekulacji do planu filmowego Pierwsze pogłoski o ekranizacji historii Villas pojawiły się już w 2016 roku, a przez długi czas mówiło się, że w rolę artystki wcieli się Natasza Urbańska. Ostatecznie to Sandra Drzymalska , gwiazda młodego pokolenia, znana m.in. z filmów „Simona Kossak” i „Biała odwaga” , została wybrana do zagrania jednej z najbardziej charyzmatycznych i skomplikowanych postaci w historii polskiej estrady. Wybór aktorki był zaskoczeniem dla wielu – nie tylko ze względu na fizyczne podobieństwo, ale przede wszystkim ze względu na aktorską wrażliwość i zdolność ukazywania emocjonalnej gł...

Nowa „Lalka” bez TVP. Kulisy decyzji, którą trudno zignorować

Choć ekranizacje klasyki polskiej literatury zwykle wiążą się z udziałem Telewizji Polskiej, tym razem będzie inaczej. Producent i scenarzysta nowej filmowej wersji „Lalki” – Radosław Drabik – zdecydowanie odmówił współpracy z TVP, mimo że oferta obejmowała aż 10 milionów złotych wsparcia. Co przesądziło o tej decyzji? Kulisy tej sytuacji pokazują, że na polskim rynku audiowizualnym zaszły istotne zmiany. 💰 10 milionów? „Podziękowałem” W rozmowie z mediami Drabik nie owijał w bawełnę: “ Podziękowałem za ofertę i po przeanalizowaniu postanowiłem jej nie przyjmować. Motywacja była wyłącznie biznesowa. ” Zdecydował, że znajdzie koproducentów na „lepszych warunkach”. To mocny sygnał o tym, że dziś niezależni producenci niekoniecznie potrzebują TVP jako gwaranta jakości czy prestiżu. Szczególnie w sytuacji, gdy publiczny nadawca przechodzi restrukturyzację i nie ma pewności co do jego długofalowych zobowiązań. 🎥 „Lalka” w dwóch odsłonach: Netflix vs. Gigant Films Sytuację dodatkowo komp...

Roman Wilhelmi –buntownik, łamacz serc, geniusz. Dziś mija 34 lata od jego śmierci.

Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 r. w Poznaniu. Już w dzieciństwie był niespokojnym duchem, rodzice wysłali go do szkoły zakonnej, licząc, że zakonnicy wpłyną na krnąbrny charakter małego Romana. Tam odkrył pasję do aktorstwa. Po zdaniu do warszawskiej PWST, mimo kontuzji ręki i choroby przed egzaminem, rozpoczął drogę, która uczyniła go jednym z najwybitniejszych polskich aktorów XX wieku. Po studiach trafił do Teatru Ateneum, gdzie przez lata grał epizody, zanim przyszła sława dzięki roli Olgierda w serialu  „Czterej pancerni i pies” . Choć przyniosła mu popularność, sam aktor nie znosił tej „łatki”. Przełomem okazała się rola w „Karierze Nikodema Dyzmy”  którą początkowo odrzucił, a którą ostatecznie zagrał po tym jak miał usłyszeć, że ma ją dostać Jerzy Stuhr. Stała się kultowa i zapewniła mu nieśmiertelność. Wkrótce potem wcielił się w Stanisława Anioła z  „Alternatyw 4” , tworząc jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci PRL-u. Był perfekcjonistą...